Ma to jednak także daleko głębsze konsekwencje. Skoro człowiek został stworzony „na obraz Boży”, to nosi w sobie pragnienie życia we wspólnocie. „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; …” (Rdz 2, 18) mówi Stwórca w Księdze Rodzaju. I wydobywając człowieka z tego niedoskonałego stanu stwarza „odpowiednią dla niego pomoc”. Swe stwórcze dzieło Bóg będzie kontynuował poprzez wybór nie tylko poszczególnych ludzi np. Abrahama, Mojżesza, czy króla Dawida, ale także całych wspólnot, poczynając od Izraela, który stanowi zapowiedź Kościoła. Od początku zatem nasze wchodzenie w relację z Bogiem łączy się z wejściem w relację z drugim człowiekiem i wspólnotą osób.  Przez cały Stary i Nowy Testament przewija się prawda o tym, co napisał św. Jan w swoim liście: „Jeśliby ktoś mówił: ‘Miłuję Boga’, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1J 4,20).
       Chrzest, podobnie jak całe nasze życie wiary, nie jest indywidualną sprawą miedzy mną a Bogiem, ale sprawą między mną, Bogiem i wspólnotą Kościoła. W tej wspólnocie, pielgrzymującej przez ziemię, jest obecny Chrystus, ale i wszyscy ci, którzy pragną w życiu kierować się wiarą w Niego. Dlatego nieporozumieniem jest powtarzany slogan „Chrystus tak, Kościół nie”. Prywatne chrześcijaństwo nie istnieje. To takie samo kłamstwo jak rzekoma wiara w Boga połączona z pogardą dla człowieka.
      Kiedyś pewna osoba, która nie chodziła do kościoła, ale uważała się za osobę bardzo religijną, argumentowała, że stara się być dobrym człowiekiem, a kościoła unika, bo najlepiej jej się modlić nad strumieniem, w pogodny dzień, gdy w leśnej ciszy śpiewają ptaki i nikt nie przeszkadza. Pewnie ważne są psychologiczne uwarunkowania i wartość tworzenia odpowiedniego nastroju, ale niestety to nie jest chrześcijaństwo. To taka naturalna religijność, która ciągle nie widzi, że Chrystus przyszedł leczyć chorych, a inni to nie przeszkody w budowaniu miłej atmosfery, ale „siostry i bracia w wierze”, często bardzo pomocni do zdejmowania szaty pychy i wyniosłości, w którą ubieram się z taką chęcią.
      Liturgię sakramentu chrztu rozpoczyna kilka pytań wobec kandydata do chrztu, lub w przypadku dziecka, do jego rodziców i chrzestnych. Winny one być zadawane przed wejściem do świątyni, w przedsionku, tam gdzie jest miejsce katechumena. Pytanie pierwsze to pytanie o imię. Gdyby na nim poprzestać, to indywidualizm chrztu ukazał by się w całej pełni. Ale zaraz za nim idzie drugie pytanie: o co prosicie Kościół Boży dla… i tu wymienia się usłyszane przed chwilą imię. To bardzo ważne pytanie. Ono przypomina nam, że łaska chrztu nam się nie należy. Jest darem, o który trzeba prosić. Prosić Kościół, bo to On przekazuje nam wiarę, jest jej gwarantem i strażnikiem.
      Dlaczego Kościół, którego pierwszym i największym zadaniem jest prowadzić ludzi do zbawienia, każe się prosić? Jaki jest sens tej prośby? Czy to wypada, by w rozmowie przed chrztem ksiądz pytał o motywy tej decyzji, o to czy zawarliśmy sakrament małżeństwa, czy praktykujemy życie wiary, czy widzimy jakie konsekwencje wynikają dla nas z tego „zanurzenia w Bogu” naszego dziecka?
       Bardzo znanym obrazem w Anglii jest dzieło Williama H. Hunta przedstawiające scenę z Apokalipsy, a nawiązujące do słów Chrystusa: Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. Przedstawia ono naszego Pana stojącego z lampą, która wkrótce stanie się jedynym światłem z powodu zapadającego zmierzchu. Jezus stoi przed drzwiami domu, trochę okrytymi bluszczem, nieco zardzewiałymi, jakby dawno nikt ich nie otwierał. Chrystus stoi i puka… Charakterystyczne jest to, że w tych drzwiach nie ma klamki. Nie można tam wejść, jeśli ktoś z wewnątrz nie otworzy. Nawet Jezus, Ten który przenikał ściany Wieczernika, nie przejdzie przez te zamknięte drzwi o ile ich nie otworzę. On nie chce mnie zbawiać beze mnie. On nie robi ze chrztu automatu, który po wrzuceniu monety spełnia me życzenie. Pan zawsze pragnie ze mną „wieczerzać” na wieki. Ale, aby zasiąść z kimś przy wspólnym stole, to muszą tego chcieć obie strony, czyli także ja.
       Odpowiedź bywa różna. Prosimy o chrzest, o wiarę, o życie wieczne… i każda z tych odpowiedzi jest dobra, każda dopełnia następną. Wtedy dopiero możemy usłyszeć z ust przedstawiciela Kościoła:  „Kościół Boży przyjmuje cię z wielką radością”. Tak, to największa radość wiary. Oto za chwilę to dziecko zostanie zanurzone w Bogu i stanie się nie tylko moim bratem czy siostrą w człowieczeństwie, ale także w wierze. Razem Boga nazywać będziemy Ojcem. To nic, że dzieli nas wiele lat życia, doświadczenia złe i dobre, a nawet używanie rozumu i mowy  - bo, to co nas łączy jest znacznie ważniejsze. Łączy nas ta najsilniejsza więź świata, którą jest Duch Święty zespalający w jedno Ojca i Syna oraz tych, których On odkupił.
       Czasem chętnie i łatwo dziękujemy za nasze rodziny, za najbliższych. Oni nas kochają, a my ich miłością obdarowujemy. Dzięki temu nie jesteśmy samotni, a życie nabiera głębszego sensu. Dziękujmy też jednak często za rodzinę Kościoła, za naszych  braci i siostry w wierze. Za to, że tu na ziemi i w wieczności nie będziemy nigdy sami.

 

Przygotował ks. dr Włodzimierz Skoczny