Oczywiście, że chrztu Kościół udziela przez cały rok, ale naturalnym czasem zanurzenia w Bogu jest dla wszystkich chrześcijan wielkanocna Pascha – śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa. Rozpoczynamy ją w Wielki Czwartek od Mszy Wieczerzy Pańskiej a kończymy uroczystym porankiem Zmartwychwstania. To z niej Kościół czerpie łaskę chrztu. Ona staje się szczytem, ku któremu zmierzamy. Najważniejszym wydarzeniem całego roku liturgicznego. Św. Paweł napisze do Rzymian w swoim liście: "Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć, zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca" (Rz 6,3).
          To bardzo ważny tekst. Rozpoczyna się od stwierdzenia, w którym czuć nutkę wyrzutu i zasmucenia wobec adresatów listu: „Czyż nie wiadomo wam …?” Ten wyrzut przypomina, że z nami bywa czasem podobnie jak z Rzymianami – tak łatwo oderwać chrzest od wiary. Zrobić z niego kolejną uroczystość rodzinną, w której do końca nie wiadomo o co chodzi … a jak nie wiadomo o co chodzi, to na ogół chodzi o prezenty, o zrobienie zdjęć, o przyjęcie w gronie rodziny. „Czyż nie wiadomo wam” - dziwi się Paweł - że tu chodzi o zanurzenie w Bogu? Otóż,  często faktycznie nam „nie wiadomo”. Gdy zginie wiara, przede wszystkim wiara rodziców i chrzestnych, pozostają już tylko przesądy.
           Kiedyś pewni Polacy mieszkający w Rosji, wtedy jeszcze Sowieckiej, którzy nie byli ludźmi wierzącymi, opowiadali, że jednak ochrzcili swe dzieci w cerkwi i na dodatek robili to po kryjomu z obawy przed narażeniem się na szykany ze strony władzy. Dlaczego się w ogóle na to decydowali? Odpowiedzieli, że chodziło im o to, by się zabezpieczyć … tak na wszelki wypadek - by dziecko nie chorowało, no i by babcia się już nie dopytywała, a w końcu … wiele to nie kosztuje. Można traktować chrzest jako „polisę” u Pana Boga.
           Św. Paweł zaznacza dalej w Liście do Rzymian, że chrzest to zanurzenie w Chrystusie, że On jest źródłem wody żywej, bo chrzest w nas „grzebie” starego człowieka, abyśmy rozpoczęli „nowe życie”. Umieram, by Zmartwychwstać. W zanurzeniu w Chrystusie są nieustannie obecne te dwa elementy powiązane ze sobą, a jednak tak różne – śmierć i Zmartwychwstanie; „zejście do grobu”, czyli „pogrzebanie” i „wyjście z grobu”. „Stary człowiek” i „stare życie” oraz „nowy człowiek”, ten, który się „powtórnie narodził”.
           Pierwszy z tych elementów nie jest zbyt popularny, bo mówienie o śmierci i umieraniu, to smutna konieczność spychana na margines naszego życia. Nie wypada o niej mówić na chrzcie, ślubie czy imieninach. Tam trzeba składać życzenia zdrowia, 100 lat i szczęścia w życiu osobistym. A przecież Jezus mówił, że „jeśli ziarno wpadłszy w ziemię nie obumrze… zostanie tylko samo”, i te słowa dotyczą całego życia. Jeśli  „ziarno nie obumrze” nigdy nie będzie zdrowe, nigdy nie będzie prawdziwie żyć, nigdy nie będzie szczęśliwe. Bo zdrowie, życie i  szczęście wiedzie przez krzyż, śmierć i pogrzebanie - tak było w historii Pana Jezusa. Tak jest w każdej ludzkiej historii.
           Św. Franciszek z Asyżu pokazał, co to znaczy żyć Ewangelią i często rozmyślał nad prawdą o potrzebie „umierania” i „krzyża” w swoim życiu. W jednej z pierwszych biografii możemy się dowiedzieć, że któregoś dnia „Franciszek sporządza sobie tunikę wyobrażającą krzyż, aby jego obraz w niej odganiał wszelkie diabelskie pokusy”. Po dziś dzień franciszkański habit przypomina krzyż. To był  kolejny etap długiego procesu w czasie którego św. Franciszek dorastał do „umierania” w Chrystusie. Jego ukoronowaniem były stygmaty, czyli rany na ciele - fizyczny znak umierania i jedności z Tym, w którego „ranach jest nasze zdrowie”.
           „Śmierć” i „pogrzebanie” łączy się z inną prawdą, równie niepopularną; z tym, że rodzę się grzesznikiem. Noszę na sobie brzemię grzechu pierworodnego i moje osobiste grzechy, z których może mnie wyswobodzić tylko Chrystus. To mój grzech sprawia śmierć, to jego trzeba „pogrzebać”, „zatopić’ jak wojska faraona, to on jest przyczyną mojej prawdziwej  „starości”.
           W niedawnym wywiadzie przeprowadzonym z papieżem Franciszkiem padła prośba, by Ojciec Święty sam się określił: kim jest Jose Maria Bergoglio? Papież odpowiedział: "Nie wiem, jaka byłaby najlepsza definicja... Ja jestem grzesznikiem. To jest ta najlepsza z definicji. Jestem grzesznikiem. Tak, ta najlepsza synteza, która pochodzi z wewnątrz i którą uważam za najprawdziwszą, brzmi właśnie tak: 'jestem grzesznikiem, na którego spojrzał Pan'. (...) I to właśnie powiedziałem, kiedy zapytali mnie, czy przyjmuję wybór konklawe".
           Po zanurzeniu w wodzie chrztu, po zanurzeniu w Chrystusie, wychodzimy z baptysterium jako „nowe stworzenie”, jako ktoś kto przeżywa „powtórne narodziny”. Do wody chrztu schodzi się przecież nie po to, by w niej pozostać, ale by z niej wyjść ku nowemu życiu. Stajemy się „nowym człowiekiem”. W nim Bóg rozpoznaje swoje dziecko. I - jako Ojciec miłosierny - powtarza nieustannie: „synu, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy”. Dzieje się tak nie z powodu naszych zasług, ale dlatego, że swoją krew przelał dla nas Jezus Chrystus. To On, przez swoją Śmierć i Zmartwychwstanie dał nam życie wieczne i dziecięctwo boże. I na nic już nie musimy zasługiwać. Trzeba tylko zanurzyć się w Chrystusie i żyć w Tym, który sprawił, że ‘wkroczyliśmy w nowe życie”.
           W gorącym, przedświątecznym czasie warto z wdzięcznością powrócić do naszego chrztu. Tym bardziej, że radosny okres Bożego Narodzenia kończy święto chrztu Chrystusa w wodach Jordanu. Podejdźmy do chrzcielnicy w naszym kościele i pochylmy się nad początkami naszej historii dziecka Bożego oraz uwielbiajmy naszego Pana, w którego Śmierci i Zmartwychwstaniu zostaliśmy zanurzeni. Dzięki Ci, Boże, za łaskę chrztu świętego, przez którą mnie wszczepiłeś w rodzinę Bożą. Dziękuję za ten dar wielki i niepojęty, który moje życie przeobraził…

Przygotował: ks. dr Włodzimierz Skoczny