Gdy Pan Jezus rozmawiał z ojcem chorego na epilepsję dziecka, ten prosił Go o uzdrowienie, dodając: jeśli to możliwe. Na to Jezus odpowiedział: Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy. Wtedy natychmiast ojciec chłopca zawołał: Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu! (Mk 9,23-24). Tak, wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu! Zrozpaczony ojciec sprzed dwóch tysięcy lat wyraził tymi słowami prawdę o wierze każdego z nas – zawsze grozi jej niedowiarstwo, które jak cień podąża za każdym aktem wiary. Dlatego prośba, by Jezus „zaradził naszej niewierze” jest kolejnym wyznaniem tego, że naszą ufność pokładamy nie w swoich siłach, ale w Bogu, który troszczy się o nas jak najlepszy ojciec.

         Pragniemy przedłużyć naszą katechetyczną refleksję nad wiarą poprzez zatrzymanie się nad tym, co stoi u jej podstaw, czyli nad sakramentem chrztu. To on stanowi bramę, przez którą wchodzimy do Kościoła. W nim jest początek naszej wzajemnej relacji miłości z Panem Bogiem. Można powiedzieć, że całe dalsze życie w wierze jest jakby rozpakowywaniem tego daru. W pierwszych wiekach katechezy chrzcielne poprzedzały przyjęcie tego sakramentu i trwały nawet kilka lat. My jesteśmy w innej sytuacji. Już zostaliśmy ochrzczeni, ale gdy to się dokonywało byliśmy niemowlętami i dopiero stopniowo, z biegiem lat, odkrywaliśmy nie tylko świat i ludzi wokół nas, ale także tę Bożą rzeczywistość, w którą chrzest nas wprowadził. Czasem to odkrywanie bywało bardzo trudne.  Zarówno nasze osobiste grzechy, jak i pogańska, zsekularyzowana rzeczywistość, w której żyjemy, przysłaniały nam Bożą prawdę. Dlatego potrzeba katechez pochrzcielnych, aby odkrywać bogactwo łaski, którą otrzymaliśmy. Pierwsza katecheza przybliży nam znaczenie słowa „chrzest” i od razu postawi nas wobec niesłychanej głębi Bożego planu zbawienia.

         Wyobraźmy sobie najpierw kogoś, kto - podobnie jak wielu z nas - poszedł na pielgrzymkę. Wędrował kilkanaście dni i jak to na pielgrzymce bywa - nie dojadł, nie dospał, doświadczył pielgrzymiego trudu, ale serce miał przepełnione szczęściem. Zapomniał o polityce, mediach i wszechobecnej reklamie, która kusi, by „podarować sobie odrobinę luksusu, bo przecież jesteś tego wart!” Gdy szczęśliwie dotarł do Częstochowy i zakończył pielgrzymi szlak, w drodze powrotnej do rodzinnego miasta na pytanie, o czym teraz marzy, odpowiedział: jak zajadę do domu, to najpierw wezmę kąpiel, potem drugi raz wezmę kąpiel, a potem jeszcze wezmę prysznic! Ci z nas, którzy znają smak pielgrzymiej drogi wiedzą, o czym mówił.

         To pragnienie oczyszczającego obmycia ciała przypomina o obmyciu zarówno  ciała jak i duszy. Z takim właśnie obmyciem łączy się chrzest święty. Gdy kapłan wypowiadał nad nami słowa: ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego to równocześnie mówił: ja ciebie zanurzam w Ojcu, Synu i Duchu Świętym, gdyż słowo baptizo, które występuje w tekście greckim Pisma Świętego, znaczy właśnie tyle co „zanurzyć’. Przez chrzest zostaliśmy więc zanurzeni w Bogu. Waga tego zanurzenia, dla naszego życia, jest wręcz niewyobrażalna. Oto my, którzy rodzimy się na tej ziemi jako Boże stworzenie, jesteśmy wezwani do przekroczenia statusu stworzeń i do przyjaźni z Bogiem, a nawet do stania się Jego dziećmi na wieki. Bóg  jest nie tylko naszym Stwórcą, ale przez sakrament chrztu staje się Abba, czyli Tatusiem!

         Chrzest, a więc zanurzenie w Bogu, staje się początkiem naszego powrotu do raju. W świątyni jerozolimskiej Pan Jezus wołał „donośnym głosem”, odnosząc do siebie  proroctwo Ezechiela: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie - niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza (J 7,37-38). Prorok Ezechiel miał wizję świątyni, spod której wypływała woda w kierunku wschodnim. Niewielki początkowo strumyczek, który zdolny był jedynie ochłodzić zmęczone stopy, stawał się coraz głębszą rzeką, w której traciło się już grunt pod nogami, a woda zakrywała człowieka. Można się było w niej zanurzyć. Brzegi tej rzeki porastały drzewa rodzące owoce, a ich liście służyły jako lekarstwo. Na koniec ta dziwna rzeka wpadała do wód słonych, uzdrawiając je i sprawiając, że pojawiło się w nich mnóstwo ryb (por. Ez 47,1-12). Aby zrozumieć głęboki sens tej wizji, trzeba przypomnieć, że w Palestynie woda płynie na wschód od Jerozolimy przez obszar pustynny ku słonym wodom Morza Martwego, które jest tak zasolone, iż nie zdoła tam przetrwać żadna ryba. Zatem woda, która wypływa ze świątyni, a więc płynie od Boga, ma moc ożywiania i uzdrawiania nawet tego, co według ludzkiej logiki wydaje się bezpowrotnie obumarłe. Skoro woda ze świątyni może ożywić Morze Martwe, może też ożywić moje serce.

         Zanurzenie w Bogu, które dokonuje się we chrzcie, jest więc wprowadzeniem w ten nurt „żywej wody”, w której ja, człowiek, staję się rajskim ogrodem. Dlatego śpiewamy w jednej z młodzieżowych piosenek: Już teraz we mnie kwitną Twe ogrody, już teraz we mnie Twe królestwo jest. Jest już teraz, bo zostałem zanurzony w tej wodzie, którą jesteś Ty, Panie Boże!

         Tę prawdę słyszymy nawet w liturgii chrześcijańskiego pogrzebu. Kapłan nad grobem posypuje trumnę ziemią i wypowiada słowa: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Interpretujemy je najczęściej jako przypomnienie o kruchości człowieka, porównanego do glinianego naczynia, które roztrzaskane przez śmierć zamienia się w pył. Ale można ten tekst tłumaczyć także w inny sposób. Nawiązuje on do Księgi Rodzaju i do opisu stworzenia człowieka w ogrodzie Eden. To z ziemi tego ogrodu powstał człowiek i do niej ma powrócić. Te słowa można zatem sparafrazować zupełnie inaczej: wracaj tam, gdzie zostałeś stworzony – nie do rozpadającej się materii - ale do Ojca, w którym zanurzać się będziesz na wieki. Roman Brandstaetter ujął tę prawdę krótko: z miłości powstałeś i w miłość się obrócisz!

         Nasze życie jest nieustannym pielgrzymowaniem a im dłużej idziemy, tym mocniej wzrasta w nas pragnienie „zanurzenia się w Bogu”. Oby było tak jak z wodą, wypływająca ze świątyni w wizji Ezechiela. Mały strumyczek naszych pierwszych modlitw i dziecięcej ufnej wiary winien stawać się życiodajną rzeką, która przemienia nawet największe pustynie w ogrody.

         Św. Augustyn w swoich Wyznaniach opisuje jak przed powrotem z Italii do domu, który znajdował się w północnej Afryce, przebywał ze swą mamą Moniką w Ostii nad morzem, po trudach długiej drogi nabierając sił do czekającej ich żeglugi. Gdy tak, z dala od gwaru i tłumów, spoglądali przez okno na piękno zieleni drzew i błękitu nieba, nagle oboje zaczęli dzielić się doświadczeniem tęsknoty za innym brzegiem, ku któremu zmierzało całe ich życie. Augustyn pisze: wspólnie zastanawialiśmy się nad tym, czym będzie wieczne życie zbawionych, to, czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało, i co w serce człowiecze nie wstąpiło. W tęsknocie otwarliśmy nasze serca dla niebiańskiego strumienia płynącego z Twojego zdroju, zdroju życia, który u Ciebie jest, abyśmy na tyle zroszeni jego wodą, na ile to było dla nas możliwe, zdołali w jakiś sposób dosięgnąć myślą owej wielkiej tajemnicy. Św. Monika, jakby przeczuwając, że czeka ją wkrótce choroba i inna, ostateczna  podróż, wyjawiła swe gorące pragnienie: Synu, mnie już nic nie cieszy w tym życiu. Niczego już się po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym świecie: aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem katolikiem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym stałeś się Jego sługą. Co ja tu robię jeszcze? W kilka dni później, odzyskawszy na chwilę przytomność, poprosiła: Pochowajcie to [moje] ciało gdziekolwiek; o nie nie róbcie sobie zmartwień. O jedno tylko was proszę: Gdzie byście tylko nie byli, wspominajcie mnie przy ołtarzu Pańskim.

         Zanurzyć się w Bogu to program na całe życie i na całą wieczność. A wszystko zaczęło się w tej chwili, którą znamy na ogół jedynie z fotografii. Przedstawia ona małe dziecko, które czasem płacze, a czasem spokojnie śpi, jest na rękach rodziców przy chrzcielnicy i na jego główkę spływa mały strumyk wody. Ci, którzy z miłością pochylają się nad nim, z wiarą powtarzają Radosną Nowinę, która ma się stać w jego życiu życiodajną rzeką: ja ciebie chrzczę - to znaczy zanurzam cię - w Ojcu i w Synu, i w Duchu Świętym. Dobremu Bogu niech będzie chwała i cześć, i uwielbienie za to co się wtedy dokonało w życiu każdego z nas i - daj Boże - trwa, i trwać na wieki nie przestanie...

 

Przygotował: ks. dr Włodzimierz Skoczny